„Dracul” – szorstka ekshumacja klasyka

Z natury strachliwi, zaprogramowani na ucieczkę przed niebezpieczeństwem, jesteśmy tak fantastycznymi kreaturami, że mimo instynktu samozachowawczego, lubimy się bać. Tęsknimy za gęsią skórką, wywołaną mrożącymi krew w żyłach historiach. Szukamy kolejnych opowiastek, zaspokajając głód adrenaliny, choć często opłacamy to nieprzespanymi nocami, koszmarami i paranoją w obliczu trzeszczących gałęzi pośród nieprzeniknionej nocy. Można by rzec, że strach to nasz przyjaciel ratujący przed niebezpieczeństwem, ale nierzadko też i przed nudą. Posiłkujemy się sprawdzonymi przepisami na to, jak się bać. Dostarczają nam ich rzesze autorów i artystów. Co jednak jeśli niektórzy z nich grzebią w odmętach przeszłości, profanując to, co od początku było dobre i straszyło dogłębnie? Co jeśli tym kimś jest potomek Brama Stokera, autora najbardziej rozpoznawalnej ikony horroru – Draculi?

Główny bohater powieści, będący samym Bramem Stokerem, musi zmierzyć się z prastarym, przeklętym złem, które wydaje się nie mieć początku. Czytelnik zastaje siedmioletniego Brama, cierpiącego na bliżej nieokreśloną chorobę, praktycznie na stałe przykuwającą go do łoża. Ma ograniczony kontakt ze światem i najlepiej czuje się w obecności starszej siostry, oraz niani – Ellen Crone, która w tajemniczych okolicznościach uzdrawia młodego Stokera i nie pożegnawszy się, znika z jego życia, pozostawiając za sobą szereg pytań, dręczących go przez następne lata życia. Jako dorosły mężczyzna trafia na trop niewzruszonej upływem czasu Ellen, i postanawia odkryć tajemnicę swojego ozdrowienia.

Już w pierwszej części zaczyna się dysonans narracyjny, ponieważ Bram i Matylda – dzieci nie mające jeszcze dziesięciu lat – zachowują się i rozmawiają jak dorośli, daremnie podszywając się pod wiktoriański styl, często posługując się wyrażeniami z XXI w. Co gorsza, kiedy historia przeskakuje kilkanaście lat naprzód, ich styl mowy praktycznie nie ulega zmianie, drażniąc czytelnika. Ponadto dla mnie Dracula jest klasykiemDracul zaś imituje tylko zewnętrzną otoczkę strachu, jaki towarzyszył temu pierwszemu, wyzbywając się tego, co w odwiecznym atawizmie świadomości, czai się od zawsze – strachu przed nieznanym. Tutaj od początku wiemy z czym mamy do czynienia, gdyż profil homo vampiris jest już mocno ugruntowany w popkulturze. Nieco nadszarpnięty przez czas, zakurzony i bardziej wprawiający w politowanie, niż grozę.

Podczas rozmowy z redakcyjnym kolegą – Dominikiem – oboje stwierdziliśmy, że oryginał nie straszy już jak dawniej, ale jego piorunujący klimat jest wręcz niepodrabialny. Natomiast znacznie młodszy brat powieści nie dotrzymuje tempa – wbrew blurbowi na okładce, narracja nie zaskakuje swoją konstrukcją i nie czaruje klimatem. Autorzy zaserwowali nam dość prosty koncept, okraszony nieco archaicznym (co niekoniecznie oznacza złym) stylem, w postaci dzienników i listów protagonistów. Niestety zabieg ten uderza w złe tony – zapiski bohaterów nigdy nie brzmią autentycznie, a jedynie służą jako mechanizm posuwania fabuły naprzód.

Rozwleczona na pięćset stron intryga, mało angażująca, odtwórcza i bazująca na utartych schematach właściwych gatunkowi, zmuszała mnie do przerywania sesji czytelniczych i sięgania po inną lekturę, która pobudziłaby zmysły. Chciałem doznać mrowienia na karku i obawy przed kąsaniem kłów, poczuć odór czosnku wyziewający ze stron książki, zobaczyć zasnutą mgłą Irlandię, bezsenną i wytrąconą z równowagi, usłyszeć stukot drewnianego kołka, raptownie wchodzącego w gasnące serce potwora. Zamiast tego zagościło we mnie tylko znużenie. Nawet kiedy akcja przyspieszyła na ostatnim zakręcie, zaraz potknęła się o własną niezdolność budowania napięcia.

Postać tytułowego Dracula jest wręcz tandetna, wcielającego się nieintencjonalnie w arlekina historii, błazna budzącego śmiech z niższej półki. Charakterologicznie zły (tak dla zasady), jednowymiarowy, rzucający sarkazmami niczym podrzędny rzezimieszek wyjęty z panelów komiksów Marvela, stanowiący pretekst ostatniego aktu, by dać w ręce protagonistów coś do roboty. Brak mu surowości i brawury jego protoplasty. Trzeba jednak oddać autorom, że skrupulatnie przenieśli zawoalowane tajemnicą życie Brama Stokera i jego rodziny, oparte na oryginalnych notatkach i dziennikach, o czym wspominają w posłowiu. I chyba nie pomylę się za bardzo, jeśli napiszę, że książka odniosłaby niesamowity sukces, gdyby Dacre Stoker spisał ciekawą biografię swojego praprzodka, aniżeli płodził cokolwiek niepotrzebny remake/prequel oryginalnego Księcia Ciemności. Czasem warto spiłować kły i powstrzymać pokusę zbezczeszczenia klasyku, zaniechać wzięcia szpadli w dłoń i rozkopania zapomnianego grobu, choć nie wiem jak przemożna byłaby to siła. Dajmy umarłym spoczywać w pokoju.

Recenzja pojawiła się pierwotnie na stronie Kultura na co dzień

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s