„Porachunki osobiste”

tyrmand porachunki osobiste

Nietuzinkowe, acz wymagające spojrzenie krytycznym, bezpruderyjnym okiem na komunistyczny aparat rządzący Polską powojenną. Tyrmand nie owija w bawełnę, nie pływa po rzece subtelnych domysłów, zamiast tego uderza jak grom z jasnego nieba, paląc i obnażając zgniłe członki komunizmu. Niestety, dla współczesnego millenialsa, który jak dotąd nie zainteresował się polityczną historią kraju, obcowanie z Tyrmandem może okazać zbyt brutalne i zagmatwane. Czytając Porachunki osobiste trzeba wykazać się sporą dozą wiedzy, a przynajmniej wytrwałością w skupieniu. Każda najdrobniejsza nieuwaga skutkuje brakiem zrozumienia całego sensu wywodu.

Porachunki osobiste to zbiór tekstów publicystycznych, publikowanych na łamach pism krajowych (Świat) i emigracyjnych (KulturaWiadomościTematy) w latach pięćdziesiątych, aż do początku osiemdziesiątych, poukładanych chronologicznie. Pierwszy tekst porusza tragikomiczną tułaczkę i wieloletnią batalię z systemem w pozyskaniu upragnionego przez autora paszportu. Iście kafkowska sytuacja przyprawia o śmiech i politowanie, wprawiając czytelnika w konsternację. To również okazja do zmierzenia się z własną symulacją sytuacji i zadaniem pytania – jak postąpiłbym ja? Poddałbym się, czy tak jak autor, cierpliwie walczył stawiając na swoim?

Kolejne teksty zostały już stworzone na emigracji w Stanach Zjednoczonych i poniekąd oscylują wokół osi Polska – USA. Publicysta nadal koncentruje się wokół polskiego homo sovieticusa i jego postrzegania przez pryzmat już amerykańskiego obywatelstwa.

Nomen omen porachunki Tyrmanda to portal do przeszłości, wehikuł czasu, dzięki któremu możemy przyjrzeć się w porażających szczegółach trybikom marksistowskiej machiny politycznej, ale również to, jak postrzegał ją umysł znacznie wyprzedzający swoją epokę – ostry jak brzytwa, czupurny, bezceremonialny, czasami obrazoburczy. Umysł, nie bojący się konsekwencji swoich wywodów, na bakier politykierom i aparatczykom, sprężysty i apodyktyczny.

Zaciekła narracja spowijająca wszystkie teksty Tyrmanda nie przypadnie do gustu każdemu i nie jest to rzecz przystępna dla niedzielnego czytelnika. Nie sposób przejść koło niej obojętnie: jeśli nie wykrzeszemy z siebie odrobiny refleksji zatapiając się w świat pisarza, to znaczy, że nieuważnie obserwowaliśmy to, co sam autor nam zaserwował. Czytelniczy lubujący się w lekkostrawnych tekstach nie znajdą tu opoki dla starganego umysłu. Obcowanie z Tyrmandem jest jak japońska ceremonia parzenia herbaty – długa, stapiająca umysł z podmiotem rytuału, nabożna i przepełniona duchem uważności. Trzeba pewnego doświadczenia i obycia z takim rytuałem, aby pochłonąć go całym jestestwem. Taki jest właśnie Tyrmand. A jeśli nie posiadacie takiej pryncypialnej cnoty, to może zapoczątkować przynajmniej wymówkę, aby wyrobić sobie (choćby miałoby się to skończyć wracaniem nieustannie do początku tego samego zdania) umiejętność wchłaniania literatury całym sobą – cnoty, z którą ostatnio mamy coraz większy problem.

Leopold Tyrmand nie dożył upadku komunizmu (umarł w 1985 roku na Florydzie). Nie mogę oprzeć się fantazjowaniu na temat tego, jak wyglądałoby jego epitafium na jej cześć. Co chciałby nam przekazać po tylu latach zacietrzewionej batalii? Czy złożyłby potulnie broń, przechodząc na zasłużoną pisarską emeryturę, czy – jak na uważnego obserwatora przystało – wytoczyłby nową wojnę i nowy cel dla swojej narracji?

Recenzja pojawiła się pierwotnie na stronie Kultura na co dzień

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s