„Hobbit, czyli tam i z powrotem” – początki epickiej przygody

Hobbit Tolkien

Po pierwszy trzech odcinkach Pierścieni Władzy doszedłem do wniosku, że Amazonowej serii brakuje klimatu Jacksonowej trylogii Władcy Pierścieni, czy nawet tej oryginalnej, prosto spomiędzy stron Tolkienowskiego Śródziemia. Reszta sezonu jeszcze przed nami, ale dotychczasowy spektakl pięknej nudy nie zwiastuje niczego co miałoby wstrząsnąć moimi emocjami.

Dlatego zrobiłem krok w tył i wróciłem do poczciwego Hobbitowa zamieszkałego przez imć Bilbo Bagginsa. I zdziwiłem się nieco, ponieważ w moim umyśle zamieszkało wspomnienie jakoby Tam i z powrotem było dziełem napisanym z rozmachem i ogromnym mitotwórstwem, a co właściwie należałoby jednak przypisać późniejszym przygodom Frodo i jego Bractwu Pierścienia. Przygodom Bilba zaś dużo bliżej do baśni i bajek dziecięcych, z łatwo przyswajalną linią fabularną, prostymi dialogami i magicznymi przygodami trzynastu krasnoludów, tajemniczego maga i spokojnego hobbita wciągniętego w wir fantastycznych wydarzeń.

Nie ma nic złego w prostocie stylistycznej zaserwowanej tu przez Tolkiena, ale w moim odczuciu Hobbit działa na wyobraźnię przede wszystkim dzięki swoim następcom, bez nich ten swoisty urok wydaje się dość mocno odległy i niewyraźny niczym Góry Mgliste. Czytając Hobbita (z bagażem fabularnym znanym z kontynuacji) obarczałem Bilba i Gandalfa przede wszystkim, ichnimi duchami przyszłości – warstwą psychologiczną i późniejszą dojrzałością pióra Tolkiena. Co więcej sam Jedyny Pierścień nabiera kształtu, mocy i grozy dopiero mając za tło obraz z Trylogii. I właśnie dlatego nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdyby jakimś sposobem Hobbit stanowił jedyną historię Śródziemia, szybko zapomniałbym o tej historii i odłożył na półkę pomiędzy inne baśnie. To taki drobny przykład oddziaływania przyszłości, która nadaje wyraz i smak przeszłości, stając się częścią czegoś wielkiego i ważnego, będącego kamieniem węgielnym światotwórczego arcydzieła.

I trochę niepewnie czułem się podczas tej przeprawy, nie stąpałem twardo pomiędzy krasnoludzkimi wojownikami ekscytując się zbliżającą walką ze Smaugiem, a raczej pędziłem przed nimi, nieraz nieco znużony, lecz pamiętający o wydarzeniach które mają dopiero nadejść, co tylko napędzało mój pospiech by obcować ze smakowitą historią dziejącą się już PO, a nie w TRAKCIE.

Kiedyś jeszcze zapewne wrócę do miejsca, gdzie wszystko się zaczęło, być może w roli narratora powieści dla mojego przyszłego dziecka, tak jak mój tato robił to dla mnie. A być może zrobię to dla chęci odpoczęcia od cięższego klimatu mroczniejszych powieści lub dla odnalezienia czegoś zupełnie nowego, czego nie spostrzegłem dotychczas. Teraz jednak pozostaje mi dokończyć historię Pierścienia kierując się ku Górze Przeznaczenia w Mordorze, a następnie odkryć kurzące się na półce legendy Silmarillionu i w niedalekiej przyszłości zakupić pozostałe dzieła Tolkiena.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s