„Pieśń bogini Kali” – geneza autora-mistrza

Pieśń bogini Kali Vesper Dan Simmons

Niepodrabialny styl Simmonsa poznałem podczas przygody z Terrorem i dwoma pierwszymi tomami Hyperiona. Przytłaczający klimat i mnogość emocji towarzysząca bohaterom to motyw przewodni i rozpoznawalny na pierwszy rzut oka model pisarza. Dojrzałość jego pióra smakuje jak lampka dobrego wina – znakomicie wyważona paleta wrażeń. Zazwyczaj poziom mistrzostwa takiego warsztatu wiąże się z ciężką i długoletnią pracą. I patrząc z tej perspektywy na Pieśń bogini Kali widzę duży kontrast pomiędzy debiutem a późniejszymi pracami i to chyba najbardziej podkreśla mój dysonans czytelniczy. Za bardzo odpływałem w przyszłość autora wytykając mu brak biegłości, jakby była to jego następna powieść, zapominając, iż była pierwszą. Brak tej samoświadomości podniósł poprzeczkę za wysoko, podchodząc do oceny tworu autora-debiutanta jak autora-mistrza.

Kalkuta Simmonsa jest przerażająca i mroczna. Nie z powodu wyimaginowanych zmór czających się w szafie czy pod łóżkiem, albo lovecraftowskiego przedwiecznego zła, ale właśnie przez realistyczny aspekt oddania obrazu nieprzyjaznego miasta z lat siedemdziesiątych, raczej przypominającego Nowy Jork z filmów Scorsesego, przepełnionego skorumpowanymi zwierzęcą nieświadomością umysłami. Wszechogarniający i nieomal dotykalny brud, trędowatość, wyzysk, przepych i rozmnażająca się przestępczość potrafią ścisnąć żołądek. Wertując opisy Kalkuty można odnieść wrażenie obcowania z dobrym reportażem i odczucie to nie zostaje zatarte aż do samego końca przygody.

Niestety sam klimat nie jest w stanie ponieść na barkach całej opowieści, przynajmniej nie w tym wypadku. Cała reszta wydaje się być na swoim miejscu; pełnowymiarowy portret protagonisty, Roberta Luczaka, zagadkowe zmartwychwstanie najwybitniejszego indyjskiego poety, pełne sugestywnych obrazów opisy krwiożerczej bogini Kali. Jest początek historii i jest też jej koniec, ale problem polega na tym, że jej esencja nigdy nie zostaje w pełni nazwana ani zarysowana. Kulminacja wydaje się być mało satysfakcjonująca i w pewnych punktach całkowicie rozmyta, a w innych wyeksponowana i rozwleczona ponad miarę, serwując czytelnikowi przydługi i nie do końca zrozumiały epilog. Być może to druga natura Simmonsa odzywa się w tym tytule (tak jak pobieżnie w Hyperionie), jego zamiłowanie do poezji i forma jej efemeryczności, przypływów pełnych metafor i odpływów niedopowiedzeń. I być może, całkiem prawdopodobnie, taka estetyka połechta literackie podniebienia co poniektórych.

Ciężko tu w zasadzie mówić o rasowym horrorze czy klasycznej literaturze grozy. Trochę tak jak w przypadku Dunkela Jakuba Bielawskiego, autor i tutaj stworzył zupełnie coś swojego, niezobowiązująco ocierającego się o schematyczne koncepty i ustalone gatunki. Nie ma tu wiele miejsca na parapsychologiczne straszaki czy psychologiczne histerie, a tytułowa Kali pozuje bardziej w formie symboliki nieuchwytnego zła i cierpienia lub czegoś jeszcze bardziej nienazwanego czego nie potrafiłem dostrzec. Nadal nie zdecydowałem się na ostateczną interpretację całej historii, wciąż rozbrzmiewają we mnie sprzeczne odczucia i coś pomiędzy podziwem a niesmakiem i niezaspokojeniem. I choć szanuję wymagające i otwarte zakończenie, tak nie widzę tu nic w czym mógłbym zatopić się na dłuższe godziny rozważań, snując domysły i puszczając wodze fantazji.

Niemniej jednak cieszę się, że zaczekałem z napisaniem tego tekstu, pozwalając pierwszemu impulsywnemu rozczarowaniu minąć, a do głosu dojdzie rozsądek rodzący wnioski z pierwszego akapitu. Dlatego nie twierdzę, że Pieśń bogini Kali to powieść nieudana czy niekompletna i pozbawiona kunsztu przyszłych prac Simmonsa. Jest po prostu wyizolowana z głównego nurtu i nieprzystosowana do przeciętnego zjadacza horrorów. Choć może mi się to nie podobać i nie uderzać w moje gusta, jest to w istocie początek i część procesu, który ukształtował autora-mistrza. A zawsze warto pamiętać o początkach, zarówno tych udanych, a może jeszcze bardziej tych mniej, które stanowią kamień węgielny przyszłego mistrzostwa.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s